Park wodny

Na końcu tego wpisu znajduje się film nagrany podczas autentycznego wodowania po awarii silnika. Zanim jednak do niego przejdziemy, pomówmy o niektórych przypadkach samolotów, które w nieplanowany sposób zakończyły swój lot w wodzie.

Chyba każdy miłośnik kina kojarzy film Podziemny krąg. Na początku jego narrator lata po USA, by zajmować się sprawami ubezpieczeniowymi i podczas swoich podróży napotyka między innymi na taką kartę z instrukcjami bezpieczeństwa:

Takie (czarno)humorystyczne podejście do sprawy rzadko znajduje swoje odbicie w rzeczywistości, bo temat awaryjnego lądowania, a zwłaszcza wodowania traktowane są przez personel pokładowy śmiertelnie poważnie. Nie znaczy to, że wśród tej powagi nie można znaleźć ciekawostek.

Oto na przykład kilka kart bezpieczeństwa drukowanych na potrzeby zaangażowanych w loty bojowe pilotów USAAF. Ma to tym więcej sensu, że mało było samolotów bardziej narażonych na nieplanowane wodowanie, niż bombowce.

Karty te są bardzo głęboko przemyślane. Może to brzmieć śmiesznie, ale przypomnienie zestresowanym spadaniem załogantom o zrzucie posiadanych na pokładzie bomb ma sens – lepiej było o tym nie zapomnieć. Karty te pomagały również ocenić prędkość wiatru na podstawie wyglądu morza, a także rozdzielały role na poszczególnych członków załogi.

Wspominałem już kiedyś za pilotami Pan Amu, że część z nich z ulgą przyjęła powojenną przesiadkę z Boeingów 314 na Stratocruisery przez trudy wykonywania nawet kontrolowanych lądowań na wodzie dużymi łodziami latającymi. Entuzjazm załóg nie przygasł nawet w obliczu tendencji Stratocruiserów do moczenia pyska. Lądowanie na wodzie nie zniknęło jednak z katalogu manewrów awaryjnych, zwłaszcza w przypadku awarii napędu. Prawie każdy, niezależnie od poziomu jego zainteresowania lotnictwem, słyszał o wypadku ze stycznia 2009 roku, gdy po zderzeniu ze stadem kanadyjskich gęsi Airbus A320 wodował na rzece Hudson w Nowym Jorku, co udało się bez jednej ofiary śmiertelnej. Ten temat został jednak przewałkowany na tysiąc sposobów przez media branżowe i szerokie, a także całkiem udany film kinowy z Tomem Hanksem w roli kapitana Sullenberga, pozwolę sobie więc go przeskoczyć, zostawiając tu jedynie pocztówkę:

We are sailing…

Podobnie szeroko znany jest przypadek wodowania Boeinga 767 linii Ethiopian, który wodował u wybrzeża Komorów po porwaniu w 1996 roku. Niestety, z powodu szamotaniny w kokpicie było to raczej pół-kontrolowane rozbicie się na wodzie niźli wodowanie…

Równie ciekawe są przypadki, o których mniej słychać. Spójrzmy na przykład na tę oto wdzięczną maszynę:

To Boeing 707-351C. Bramy fabryki opuścił w 1967 roku i trafił, jak sugeruje numer kliencki 51, do Northwest Orient Airlines. 32 lata i kilka zmian właścicieli później, latał w barwach Trans Arabian Air Transport. 3 Lutego 2000 roku leciał z Chartum do Mwanza w Tanzanii po ładunek 38 ton filetowanej ryby. Samolot miał już swoje lata i zaczął trochę grymasić – wysiadło podświetlenie radiowysokościomierza. Usterka drobna, ale nie dała się naprawić w locie. Większe problemy pojawiły się później, gdy kontrola ruchu lotniczego poinformowała pilotów, że lotnisko w Mwanzie również borykało się z problemami. Brakło prądu, nie działa żadna z pomocy radionawigacyjnych: VOR, NDB, ani DME. Pogoda jednak sprzyjała, toteż pierwszy oficer, który prowadził samolot tego dnia, rozpoczął podejście z widocznością do pasa 12. Samolot ustabilizował się na prostej, ale kapitan poinformował pierwszego oficera, że znajdują się za nisko. Dosłownie w chwilę później zmienił zdanie, że jednak są za wysoko. Samolot odszedł na drugie okrążenie, kapitan przejął stery, wzniósł się i skierował samolot do lewego kręgu. Niestety, przy ponownym wejściu na prostą zakręt okazał się za ciasny i nos maszyny nie wcelował w pas. Kapitan zdecydował się wtedy na prawy zakręt, by wejść na prostą od drugiej strony. Podczas tego manewru samolot zgubił niestety nieco wysokości i znalazł się raptem sto metrów nad ziemią. Pierwszy oficer zakazał kapitanowi dalszego zniżania, po czym przejął stery, gdy samolot był znów wcelowany w drogę startową. Niestety, było już za nisko – 707 twardo przyziemił, odbił się od ziemi dwa lub trzy razy, po czym wpadł do jeziora Wiktoria, które zaczynało się tuż za końcem pasa 12.

Samolot utrzymał się na wodzie przez dwanaście godzin mimo swoich uszkodzeń. Stracił wszystkie silniki, uszkodził kadłub, ale nie zatonął. Może podciąganie tego pod wodowanie jest nieco naciągane, ale wciąż uważam, że warto wspomnieć o tym wydarzeniu, choćby dla widoków.

Przejdźmy jednak do clou programu: obiecanego we wstępie filmu z wodowania. Jeden z pasażerów lokalnego lotu na Hawajach kręcił film z rutynowego, zdawałoby się, lotu. Rutyna skończyła się w momencie, gdy jedyny silnik piętnastomiejscowej maszyny zadławił się i odmówił współpracy. Stało się to raptem dwie minuty po odlocie, toteż samolot wkrótce wodował. Mógłbym rozpisywać się na temat tego wydarzenia, ale oddam scenę filmowi:

Samolot utrzymał się na wodzie jeszcze dwadzieścia pięć minut, straż przybrzeżna podjęła pasażerów i załogę po osiemdziesięciu minutach. Jeden z rozbitków nawet dopłynął do brzegu. Niestety, jedna z pasażerek zmarła w wyniku ataku serca.

By jednak nie kończyć na smutno, na pożegnanie spójrzmy na zdjęcie samolotu, który faktycznie został zaprojektowany do operacji z wody…

Ładnie koloryzowany Boeing 314 zawsze na propsie.
Kategorie: