Nacja. Inkarnacja. Reinkarnacja? Drugowojenne wspomnienia dwulatka

Pamiętacie może historię spisaną przez szanowanego inżyniera lotniczego, który na kartach swej powieści przewidział wydarzenia, jakie miały wydarzyć się dopiero po pięciu latach? No, to dziś macie okazję zapoznać się z kolejnym tematem, który mógłby stać obok Trójkąta Bermudzkiego w annałach lotniczych anegdot.

Siłą rzeczy, dzisiejszy temat jest bardziej miękki niż pozostałe, które zwykle okraszone są danymi technicznymi, związkami przyczynowo-skutkowymi wyrysowanymi na papierze milimetrowym i opowieściami o tym, jak polityka i xięgowość wciska klin między pilotów i konstruktorów. Mało tego, zaczniemy nietypowo, bo… religijnie.

Część z Was być może zna wydany w 2017 roku film Sprawa Chrystusa, w którym dziennikarz śledczy i zagorzały ateista, przerażony gorliwą wiarą swej żony, próbuje za wszelką cenę naukowo podważyć świadectwa osób, które otaczały Jezusa podczas jego ostatnich dni, a także w obliczu jego zmartwychwstania.

(SPOILER ALERT)

Bój o obalenie faktów sprzed dwóch tysięcy lat, zeznań świadków o różnym pochodzeniu i skrajnie odmiennych poglądach trwał przez cały film, a zakończył się dopiero, gdy główny bohater załamał się z powodu niemożliwości podważenia zapisków historycznych. Ścieżka ta doprowadziła go do wewnętrznego pojednania się z ojcem, które mogło nastąpić dopiero podczas pogrzebu rodzica. Wtedy mógł wreszcie zaakceptować istnienie jakichkolwiek wyższych sił – Bóg to wszak figura ojca.

W bliźniaczej sytuacji, choć zupełnie bez jakiegokolwiek śledczego przygotowania, znalazł się Amerykanin Bruce Leininger z Lafayette w Luizjanie, którego dwuletni syn James zaczął być nękany przez złe sny. Każdy czasem miewa soczysty koszmar, ale kiedy co noc budzą Cię spazmy płaczu Twojego dziecka, zaczynasz się niepokoić. Problem nie ustępował, ale mały James był już na tyle zaawansowany w byciu człowiekiem, że mógł przekazać rodzicom strzępy informacji o tym, co go męczy nocami.

Wszystko zaczęło się w lutym 2000 roku, gdy rodzice zabrali raptem 22-miesięcznego Jamesa do Cavanaugh Flight Museum pod Dallas. Szczególnie zafascynowała go sekcja poświęcona drugiej wojnie światowej. Do domu wrócił z samolotami-zabawkami i pokazem Blue Angels nagranym na VHSie, od której nie odrywał się przez najlepsze tygodnie. Chyba każdy to zna – kiedy dzieci się w coś wkręcą, powtarzają ulubione czynności ad nauseam (lub, po naszemu, do porzygu). W tym momencie ujawniło się zainteresowanie Jamesa lotnictwem, choć nie była to przyczyna późniejszych drugowojennych koszmarów – grupa Blue Angels powstała po zakończeniu wojny, w 1946 roku.

Część ekspozycji Cavanaugh Flight Museum. Delorean gratis! (CC BY 2.0).

W lipcu 2000 roku rodzina znów odwiedziła muzeum, ale tym razem James zamilkł w hangarze przedstawiającym drugowojenne samoloty. W niemym zachwycie chłopiec wskazywał je palcem. Po powrocie mały Jimmy zaczął niepokoić swoim zachowaniem rodziców – ciągle, jak w amoku, zderzał swój samolot-zabawkę ze stolikiem, krzycząc: „samolot się rozbił! Pali się!”. Powtarzał te same słowa, żegnając swego ojca na lotnisku, gdy ten wyruszał w podróż służbową (a sporo latał), co musiało być dla Bruce’a wyjątkowo „krzepiące”.

Od tego momentu chłopiec przeżywał koszmary. Dostawał nocnych ataków, podczas których kopał powietrze, krzyczał znane z zabaw frazy o palącym się samolocie, a czasem dodawał: „mały człowiek nie może wyjść!”. Powtarzało się to cyklicznie przez kilka następnych miesięcy, aż – jakoś w sierpniu 2000 roku – opowiedział rodzicom w prostych słowach historię, którą przeżywał co noc: że był amerykańskim pilotem myśliwca i został zestrzelony przez Japończyków, po czym spadł do oceanu w płonącej maszynie i nie mógł wydostać się z kokpitu. Wskazał nawet typ samolotu, jakim latał – miał to być Vought F4U Corsair, maszyna wręcz nierozerwalnie związana z wojną na Pacyfiku. Jeden Corsair z fabryki Goodyeara rezydował w muzeum, teoretycznie istniało więc logiczne wytłumaczenie koszmarów chłopca.

Dwa miesiące później, do historii dołączyły kolejne szczegóły – Jimmy opowiadał, że wystartował z „łodzi”, a zapytany o jej nazwę odparł: „Natoma”. Internet w roku 2000 był miejscem daleko uboższym niż jest dziś (kto miał modem 56.6k, ten wie), ale zapytany przez Bruce’a Yahoo!Search wyrzucił z siebie informację o USS Natoma Bay, lotniskowcu eskortowym typu Casablanca, zwodowanym w lipcu 1943 roku i biorącym aktywny udział w walkach na Pacyfiku, a później w transporcie żołnierzy z Azji do USA. Został przekazany do rezerwy w 1946 roku i zezłomowany w 1959.

USS Natoma Bay w porcie Tulagi, Wyspy Salomona, 8 kwietnia 1944.

Tu pot wstąpił na czoła rodziców, bo historia ich syna zaczynała trzymać się kupy. Prawdziwa zabawa dopiero miała się rozpocząć. Po kilku tygodniach Bruce zapytał syna, czy ktoś z nim był, gdy go zestrzelono. Ku jego rosnącemu zaniepokojeniu, otrzymał odpowiedź: Jack Larsen.

Ta rozmowa zbiegła się w czasie z innym zajściem: miesiąc później Bruce kartkował książkę, którą planował sprezentować na święta swemu ojcu, dziadkowi Jamesa – była to The Battle for Iwo Jima 1945 pióra Derricka Wrighta. Zatrzymał się na stronie przedstawiającej zdjęcie lotnicze bazy wojskowej, znajdującej się nieopodal uśpionego wulkanu Surabachi. Na to Jimmy zerwał się i wskazał palcem zdjęcie, po czym rzekł: „To tu zestrzelono mój samolot”. Widząc przerażenie i niedowierzanie na twarzy ojca, na wszelki wypadek powtórzył mu to.

Tydzień później Bruce zaczął poszukiwania Jacka Larsena i dotarł do weterana służącego na Natoma Bay, który pamiętał Larsena i opowiedział, że Jack któregoś dnia miał udać się na lot patrolowy i już nie wrócić…

Rodzice Jamesa zaczęli poszukiwać wykwalifikowanej pomocy i znaleźli ją u Carol Bowman, która zajmowała się podobnymi przypadkami innych dzieci. Z jej pomocą Bruce zaczął tłumaczyć synowi, że rozumie, co go spotkało, ale że to zdarzyło się dawno temu i już się nie powtórzy. Dzięki temu koszmary zaczęły powoli ustępować, ale pojawił się nowy wątek: gdy mały Jimmy mógł wreszcie zacząć rysować, wydawał na świat hurtowe ilości rysunków samolotów, które zestrzeliwały inne samoloty nad oceanem.

Ojciec Jamesa odbył w 2002 roku wycieczkę na zjazd weteranów z Natoma Bay, gdzie chciał zdobyć dodatkowe informacje dotyczące przebiegu wojny, by móc potwierdzić opowieści syna (lub je w klarowny sposób podważyć). Odkrył znacznie więcej, niż się spodziewał – Jack Larsen, którego Bruce szukał poprzez listy poległych i organizacje kombatanckie, wciąż żył. Różnica jednej litery w pisowni (Larsen <=> Larson) uniemożliwiła mu odnalezienie go. Był to przypadek typu „po nitce do kłębka”, ponieważ Larsen (którego nie było na zjeździe, ale którego Bruce wówczas namierzył i wkrótce odwiedził) przyznał, że tylko jeden pilot bazujący na Natoma Bay zginął podczas bitwy o Iwo Jimę: 21-letni mieszkaniec Pensylwanii, John M. Huston Jr.

Dalsze poszukiwania wykazały, że Huston poniósł śmierć podczas lotu bojowego na Chichi Jimie, 3 marca 1945 roku (bitwa o Iwo Jimę odbywała się raptem 150 km na południe, między 19 lutego a 26 marca). Jack Larsen był jednym z ośmiu pilotów, którzy wzięli udział w tej misji i ze szczegółami opisał ostatnie chwile Hustona, tak jak widział je podczas akcji. Zgadnijcie, co? Idealnie zgrywały się one z koszmarami Jamesa. Jimmy twierdził, że zanim poszedł na wojnę, miał siostrę, a jego ojciec był alkoholikiem. Nie zgrywał się jeden szczegół – Huston nie zginął w Corsairze, leciał Grummanem FM-2 Wildcatem.

Grumman F4F-3 i FM-2 Wildcat. Te maszyny służyły na lotniskowcach eskortowych ze względu na w miarę kompaktowe wymiary.

Pewnie już zgadliście, że szczegóły o rodzinie poległego były trafione? W 2003 roku Bruce’owi udało się namierzyć siostrę Hustona, która wciąż żyła i mieszkała w Kalifornii, miała 80 lat. Po kilku rozmowach telefonicznych (w których azaliż potwierdziła, że i owszem, jej ojciec był alkoholikiem) zgodziła się przesłać Leiningerom odbitki zdjęć brata, które posiadała w rodzinnym archiwum. Gdy dotarły, jedno z nich przedstawiało uśmiechniętego Hustona pozującego przed Corsairem, którym latał przed przydziałem do eskadry VC-81 na Natoma Bay. Inne szczegóły również zaczęły wskakiwać na miejsce – Jimmy miał trzy zabawki G.I. Joe, które nosiły nadane przez niego imiona: Leon, Walter i Billie. Gdy rodzice zapytali syna, dlaczego akurat tak, odparł: „czekali na mnie, gdy trafiłem do nieba”. Porucznik Leon Stevens Conner, chorąży Walter John Devlin i chorąży Billie Rufus Peeler stacjonowali na Natoma Bay i byli na liście 21 osób, które zginęły w walce. Jimmy dokładnie opisywał, co jadł na pokładzie lotniskowca, i że Corsairy łapały gumy przy lądowaniu. I to okazało się prawdą, często podchodziły za szybko, podskakiwały i przez to do hangaru zjeżdżały na flakach…

Dochodzimy do momentu, gdy wypadałoby rozpatrzeć, na ile prawdopodobne jest, że James Leininger faktycznie posiadał wspomnienia Hustona. Wiadomo, informacje, które podawał, nie były wiedzą tajemną, ale też nie były powszechnie znane, zwłaszcza w erze raczkującego Internetu (a co dopiero dla niepiśmiennego dwulatka)…

Tak, czy inaczej, temat został poważnie zbadany przez różne instytucje, w tym też takie katalogujące zgłoszone przypadki wspomnień sprzed aktualnego życia danego człowieka. Ba, nad przypadkiem Jamesa przysiadł nawet lekarz Jim B. Tucker, który z ramienia wydziału medycznego University of Virginia przeprowadził studium przypadku, w oparciu o które powstało 80% niniejszego wpisu. Tucker (nie ten, ten też nie) zebrał wszystkie dostępne materiały, spotkał się z Leiningerami (których określił jako miłych i chętnych do współpracy) i otrzymał od nich pełen katalog wiedzy, jaką zebrali przez wszystkie lata pracy nad dziejami Hustona.

Wielu z Was zapewne podczas czytania tego tekstu pomyślało „ściema!”, albo coś pokrewnego. Pierwszą rzeczą, jaką Jim Tucker poruszył w ramach próby wytłumaczenia historii Jamesa Leiningera było potencjalne oszustwo i chęć zdobycia rozgłosu. Nie wykluczył go całkowicie i uznał, że nie da się tego zrobić, ale przyznał, że jest to niezbyt prawdopodobne. Wyjaśnienie nękających Jimmiego koszmarów kosztowało Leiningerów dużo czasu i wysiłku, a całe zamieszanie trwało latami i zaangażowało wielu ludzi, zaś korzyści finansowe czy medialne były mizerne. Owszem, ich historia ukazała się drukiem w 2009 roku pod tytułem Soul Survivor, ale knucie wieloletniej intrygi dla niepewnego kontraktu książkowego i dwóch wywiadów w telewizji (z czego jeden nie doczekał się emisji) jest niezbyt prawdopodobną motywacją. Czas gra wówczas na niekorzyść intrygantów – im więcej lat, tym łatwiej przedobrzyć i pogubić się w zeznaniach. Mało tego, Leiningerowie wykorzystali zainteresowanie telewizji bardziej jako możliwość poszerzenia swej wiedzy i pozyskania kontaktów do specjalistów, niż świecenia dupami na ściankach jak dzisiejsi celebryci. Do tego, rodzice raczej oszczędnie przedstawiali fakty, nie dodając do nich niczego więcej, niż słyszeli od syna. To uległo drobnej zmianie przy okazji promocji książki, dlatego Tucker skupił się na szczegółach przedstawionych przez Jamesa Leiningera przed zidentyfikowaniem Hustona jako potencjalnego właściciela wspomnień. Takie ograniczenie znów świadczy na korzyść teorii o reinkarnacji, bo kluczowe fragmenty historii pilota pokrywały się ze wspomnieniami Jimmiego zanim ktokolwiek z jego rodziny poznał historię Hustona.

Rysunek sytuacyjny z raportu opisującego ostatni lot Johna Hustona. Tor lotu Jacka Larsena również jest zaznaczony.

Tucker w swych badaniach zadał sobie pytanie: czy istnieje możliwość, że James po prostu zmyślił wszystko, a potem kurczowo trzymał się tego dla zdobycia zainteresowania rodziców, a podobieństwa są po prostu zbiegiem okoliczności? Badacz uznał to za niezbyt prawdopodobne. Poza tym, intensywność, z jaką koszmary męczyły Jimmiego, była bardziej typowa dla zachowania dziecka po świeżej traumie, a wycieczka do muzeum nie miała w sobie potencjału wywołania jej w takim natężeniu. Wiadomo, są muzea, gdzie lepiej dzieci nie zabierać, ale statyczna ekspozycja kilku samolotów bojowych nie powinna spowodować u dwulatka nocnych spazmów i dziennych omamów trwających kilka lat. Nie spowodowałaby również udzielania precyzyjnych informacji dotyczących nazw własnych czy pozycji geograficznych.

Konfabulacja byłaby również idealnym wytłumaczeniem, gdyby wspomnienia Jamesa nie zbiegały się z rzeczywistością i w ten sposób nie podważały oskarżeń o kłamstwo. Nazwa Natoma jest co prawda w zasięgu sylabizowania anglojęzycznego dwulatka, ale jest jednocześnie zbyt charakterystyczna, by była przypadkiem. Zbiegowi okoliczności również przeczą nazwiska Jacka Larsena, i szczegóły samej śmierci Hustona – w kuli ognia po strąceniu do Pacyfiku.

Czy Jimmy mógł dowiedzieć się tych rzeczy z mediów lub najbliższego otoczenia? Do czasu publikacji książki Leiningerów, losy Hustona nie były nigdzie publikowane – był jednym z wielu młodych lotników, którzy któregoś dnia nie wrócili z lotu bojowego, a wzmianki o nim funkcjonowały jedynie w oficjalnej dokumentacji, zakopane głęboko w wojskowym archiwum. Tymczasem, wśród materiałów udostępnionych Tuckerowi, zawarta jest korespondencja, opisująca przypadek Jimmiego, datowana już na 2002 rok. Telewizja jako źródło tych wspomnień również odpadała – przynajmniej do 2016 roku nie powstał żaden program ani o Natoma Bay, ani o Hustonie. Rodzina i znajomi chłopca nie znali też nikogo, kto choćby słyszał o tym lotniskowcu i jego drugowojennych losach.

Wrak samolotu Johna Hustona spoczywa dziś u wybrzeży Chichi Jima i byłby ostatecznym dowodem w sprawie Jamesa Leiningera. Jeśli ciało pilota wciąż jest w kokpicie, a na samolocie są ślady pożaru, dałoby to ostateczne potwierdzenie co do okoliczności śmierci Hustona. Tak się jednak składa, że wraki tego rodzaju traktowane są jako groby wojenne i ich badanie wymaga zezwolenia. Z tego, co zdołałem ustalić, do dziś go nie zbadano.

Dziś James Leininger ma 23 lata, nadal mieszka w Luizjanie i trzyma się z dala od medialnego zgiełku. Drugowojenne wspomnienia zaczęły u niego zanikać po przekroczeniu siódmego roku życia, co podobno pokrywa się z innymi przypadkami tzw. wspomnień reinkarnacyjnych. James twierdzi, że John Huston najpewniej miał na tym świecie jeszcze coś do załatwienia, dlatego odrodził się w nim po tylu latach. James zdecydował się jednak być Jamesem. Deklaruje, że koszmary sprzed lat nie mają już wpływu na jego codzienne życie. A jeśli Wy macie małe dzieci i obserwujecie, że wykazują wiedzę, której „nie mają skąd mieć”, podpytajcie je o jej źródło. Może dowiecie się czegoś ciekawego. 😉

Jeden z setek rysunków Jimmiego.

Tak kończy się ta historia, ale jeśli ktoś czuje niedosyt frontowych opowieści, może na osłodę zapoznać się ze słynnym (i bardzo nośnym) przypadkiem All Americana.

Tagi:
Kategorie: