Projekt Spanloader, odc. 1: BoMAC 900

Od razu zaznaczam, że będę na temat tego projektu jeszcze czynił „risercz”, bo jest on po prostu nieskończenie fantastyczny. Niestety informacje w Internecie są dość rozwodnione, ale na pewno Aviation Week będzie miał coś na jego temat, gdyby przekopać jego bogate archiwa. 

Tak, czy inaczej, poznajcie BoMACa 900. BoMAC oznacza tyle, co Boeing Military Airplane Company z siedzibą w Wichita, Kansas, aktualnie Boeing Defense, Space & Security (BDS). Niektórzy rozwijają ten skrót jako Boeing – McDonnell Douglas, ale to ta pierwsza wersja jest prawidłowa. Jest to efekt uboczny długiego i bardzo interesującego projektu Spanloader z połowy lat siedemdziesiątych, na który naprowadził mnie kiedyś jeden z czytelników. W skrócie: samolot miał składać się w większości z ogromnego latającego skrzydła, załadowanego równomiernie frachtem na całej rozpiętości. Miały być wersje dla wojska, do transportu czołgów, miały być pod przewóz kontenerów kolejowych. Planowano nawet wersje dla transportu ropy i gazu.

Tutaj jest dość klasycznie: model 900 w wersji pasażerskiej, do tego w malowaniu United Airlines. Okna w krawędzi natarcia skrzydła, podobnie jak drzwi – co za doskonałe rozwiązanie. W środku festiwal lotniczego hedonizmu, który na pewno ostatecznie byłby ograniczony przez xięgowych. Kto to w końcu widział, żeby w samolocie latała kawiarnia. Żarcie się dowiezie, zjedzą na kolanach. Zapewne cała kabina wyglądałaby jak sala kinowa…

Posiadam tylko częściowe dane techniczne, pochodzące z wersji transportowej. Prędkość przelotowa: Ma 0.85. Zasięg: 5500 kilometrów. Rozpiętość: 136 metrów, przy skosie 35,5 stopnia. Długości nie podano, ale poglądowe rysunki sugerują nieco więcej od Jumbo Jeta, około 75 metrów. Maksymalna masa startowa? Werble… 1283 tony. Jednocześnie, przez ogromną powierzchnię skrzydła, obciążenie jednostkowe powierzchni nośnej wynosiłoby połowę tego, do którego przywykliśmy w liniowcach o rurowatym kadłubie. Trudno szacować, ile osób zmieściłoby się na pokładzie, ale liczba zapewne byłaby czterocyfrowa. 

Z takimi projektami jest zasadniczo jeden problem (poza giętkością skrzydła) – siły odśrodkowe. Samoloty znacząco przechylają się w zakrętach. Nawet, jeśli do minimum ograniczyć tę tendencję przez kombinowanie przy sterach (co zwiększa opory), nadal osoby siedzące w pobliżu końcówki skrzydła miałyby niezły rollercoaster podczas zmiany kierunku. Zasadniczo to może być pomysł na cały model biznesowy, żądni wrażeń na pewno słono by za to zapłacili. Potem można wprowadzić tańsze fotele w połowie płata i znów droga pierwsza klasa w pobliżu osi podłużnej samolotu.

A teraz jak w filmach o Bondzie: Spanloader powróci…

Kategorie: